fbpx

Book Club #1: “Frajda” Marty Dzido

Ta książka coś takiego robi z człowiekiem. Zaczęło się już od pierwszych stron, czytam i czuję, że wiruje wokół mnie jakiś nowy zapach. Świeży, raczej rzadki w konsystencji, ale jakby ciężki i mroczny. Słodko-ostry. Taki, który jednocześnie uspokaja głowę i napędza zmysły do działania. Taki, który szepcze do ucha: “chodź, no chodź…”. Taki, których pachnie jednocześnie domem i przygodą.

Czy to ta mocna herbata tak mnie przyciąga i otula? Czy to nowy płyn do prania o zapachu bergamotki, który tak naprawdę pachnie zupełnie inaczej niż wyobraziłam to sobie po przeczytaniu etykietki? Moje perfumy? Nie, raczej nie. Szampon do włosów na pewno pachnie inaczej, też ładnie, też wciągająco, ale jednak bardziej kremowo. Należę do tych pretensjonalnych ludzi, którzy wąchają książki i myślą, że to jakoś o nich świadczy, ale tym razem jestem pewna, że to, co tak mną kręci i obraca to nie jest zapach papieru. I mam rację. Bo przysięgam, przysięgam, że tak po prostu pachnie historia, którą czytam.

Zapytana, o czym to jest książka, najchętniej odpowiedziałabym, że jest o nie-miłości lub wszystkim tylko nie o miłości. Jak w teorii zbiorów, gdzie wystarczy postawić znak małej morskiej falki ~ przed zmienną a, żeby do zbioru weszło dosłownie wszystko, co istnieje na świecie, z wyjątkiem biednego a, dosłownie wszystko co jest ~a. A wśród zbioru rzeczy, które nie są miłością, są przecież i takie, które mieszkają od niej bardzo bardzo daleko (np. seks) lub bardzo bardzo blisko (np. seks).

Intuicyjnie, gdy słyszę o czyjejś twórczości, że jest zmysłowa, podejrzewam, że ta zmysłowość zamknięta jest w jej treści. Tymczasem częścią frajdy jest odkrywanie sensualności w formalnej warstwie “Frajdy”: w stylu narracji, układzie tekstu, naprzemiennym rytmie. To książka krótka, którą czyta się długo. Sto czterdzieści stron tak pełnych drobiazgowych obrazów, porównań i drobnych ściegów, że słowa układa się w głowie wolniej i uważniej niż podpowiada czytelnicze przyzwyczajenie. To książka szybka, którą czyta się wolno. Obraz pędzi za obrazem, dziewczynka, młoda dorosła i dojrzała kobieta zlepiają się w jeden głos, nie wybrzmiała jeszcze dobrze kropka w zdaniu pożegnania, a w następnym akapicie on znowu jest w niej. A jednak tempo czytania jest zupełnie inne niż tempo historii.

Z jednej strony czuje się pokusę, by łykać kolejne strony jak tabletki bez popijania, sycić się kolejnymi uczuciami kochanków do siebie nawzajem, dobrnąć do końca w ciągu jednej nocy, wreszcie: jak każdy normalny czytelnik, dowiedzieć się, co było dalej i dokąd zmierza ta historia. Jednak w tym samym czasie w głowie odzywa się przytomny głos: im dłużej to wszystko trwa, tym lepiej dla ciebie. Ostatnie zdanie nigdzie ci nie ucieknie. Dylemat kochanków i dylemat czytelników krzyżują się w podobnej rozterce. Ona się spieszy, bo chce jak najszybciej, ale też powoli, żeby jak najdłużej. On czeka na spotkanie, ale też jakby nie czeka, bo przecież coraz lepiej radzi sobie z tęsknotą, więc po co drażnić tę ranę jej dotykiem, od nowa? Ciało z ciałem zlewa się w jedno, między spocone brzuchy nie można wcisnąć płatka stokrotki, a przecież między życiem jednego i drugiego zmieściłby się cały świat.

Ciekawe, że na spotkaniu z czytelnikami Autorka powiedziała, że napisanie tej książki było dla niej uwolnieniem. Ciekawe, bo lektura tej książki zniewoliła moje myśli na parę długich dni. Ciekawe jest też to, że na półce w księgarni pod hasłem “Erotyki” przytulają się tak bardzo różne od siebie książki. Ciekawe, że ktoś mi kiedyś powiedział, że w seksie jak w niczym innym wszystko zależy od inteligencji. I ciekawe, że jednocześnie kusi mnie ta myśl i odpycha, i bujam się między nią a ~nią.

Krótko mówiąc, ta książka jest tak świetna, że jestem niemalże dumna, że w zeszłe wakacje, pewnej gwarnej nocy na Lubelszczyźnie, Marta Dzido widziała, jak rzygam.



~K. 

Fot. Michał Turlewicz