fbpx

Czy potrzebujemy kolejnej płyty z piosenkami Osieckiej?

Za każdym razem, gdy dociera do mnie wiadomość, że oto narodziła się kolejna płyta z piosenkami Osieckiej (a dzieje się to przecież raz na rok, raz na dwa, nie rzadziej), mam mieszane uczucia. Jakieś dziesięć lat temu kupiłabym wszystko, co choćby stało obok Osieckiej, a fakt, że dzisiaj już tak nie robię, nie wynika wyłącznie z tego, że w ciągu ostatniej dekady nauczyłam się mądrzej zarządzać swoim budżetem.

Polski rynek wydawniczy i muzyczny dawno temu oparł swoje tłuste łapki na drobnym ciele Ukochanej Poetki Polaków, przewrotnie do historii jej życia, czyniąc z niej kasiasty interes. I może dobrze, dobrą literaturę warto drukować i adaptować zawsze. Jednak nie wszystko, co ma na okładce zdjęcie poetki, to od razu dobra literatura. Zbiory niepublikowanych wcześniej wierszy to akurat przykład pozycji, o której warto wspomnieć w liście do Świętego Mikołaja. Listy Osieckiej i Przybory  bardzo proszę, miła sprawa w domowej biblioteczce (polecam na bezsenne noce, wymiennie z tym remiksem Taco Hemingwaya). Ale już wyskakujące jak grzybki po deszczu: dzienniki (moje wielkie rozczarowanie!), listy do Nikogo Ważnego o Niczym Ciekawym czy nawet pierwsze próby prozatorskie Osieckiej odnalezione po latach w osiemnastej szufladzie komody dziadka to nie jest świat, w który warto siebie inwestować.

Podobnie bywa z obecnością Osieckiej w polskiej muzyce. Jest naprawdę wiele kultowych wykonań jej utworów i myślę, że co najmniej kilka rocznie bardzo interesujących nowych interpretacji. Ale jest też mnóstwo odgrzewanych kotletów: składanek wykonań, które już kiedyś ukazały się na innej płycie (co może nie byłoby samo w sobie złe, tylko że takie płyty komunikuje się zwykle marketingowo jako “nowe”) lub mało interesujących monoprodukcji, które powstają chyba niestety tylko dlatego, że kolejna aktorkopiosenkarka chciała TEŻ zaśpiewać Osiecką tak jak Maryla…

Jest taki rodzaj niebezpieczeństwa (no, może to zbyt grube słowo, ale niech już będzie) dotyczącego rzeczy/zjawisk/postaci ZBYT polecanych, ZBYT popularnych, ZBYT wyskakujących z lodówek. Sama niejednokrotnie miałam opory przed obejrzeniem czy przeczytaniem czegoś, o czym akurat gadali wszyscy dookoła. Chyba aktywuje się w człowieku w takiej sytuacji jakiś rodzaj przekory lub po prostu irytacji: oni tak, to ja inaczej i już. Zresztą z twórczością Osieckiej też miałam w pewnym momencie kryzys. Czułam jakieś takie zażenowanie, gdy zorientowałam się, że co druga dorastająca dziewczyna krzyczy, że “te wiersze są o mnie!”. Wtedy wydawało mi się to jakieś takie kiczowate… Byłam nawet trochę zawstydzona, że też dałam się uwieźć tym tekstom i myślałam sobie, że może z czytaniem Osieckiej wieczorami przy świetle świec jest trochę jak z posługiwaniem się metaforą życia jako teatru: może ustalmy po prostu, że już wystarczy?

Z biegiem lat samo mi to przeszło, być może między innymi dlatego, że jedna mądra dziewczyna powiedziała mi kiedyś (w odpowiedzi na moje ironicznie uwagi o “tych pretensjonalnych dziewczynach, które wzdychają do Osieckiej”), że: no, trudno. Te wiersze są po prostu bardzo prawdziwe i to jest trochę oczywiste, że wiele osób się z nimi utożsamia. Że to nie jest kiczowate, tylko normalne i zwykłe. Bardzo spoko myśl.

No dobrze, powspominaliśmy, a teraz: czy potrzebujemy kolejnej płyty z piosenkami Osieckiej? Myślę, że tak. Powodów jest kilka. Po pierwsze: z całą miłością do kultury retro i estetyki serialu Złotopolscy, muszę jednak przyznać, że część wykonań tekstów Osieckiej sprzed x lat zaczęła już trącić myszką (fuj, fuj, ohydne i dziwne sformułowanie!) i warto raz na jakiś czas dawać tym słowom nowe muzyczne ubranko, żeby mogły się bez obciachu przejść po mieście. Po drugie: *w rzeczywistości niepandemicznej* nowe wydanie płytowe oznacza koncerty. A koncerty to okazja, żeby posłuchać ukochanych tekstów na żywo, co jest naprawdę przyjemną sprawą. Po trzecie: bywa, że po zakończeniu emisji głośnego serialu, na fali popularności tego tytułu powstaje film pełnometrażowy, który w jakiś sposób kontynuuje historię z serialu. Wiele było takich filmów, które się albo zupełnie nie udały (Seks w wielkim mieście cz. 2), albo po prostu odstawały jakością scenariusza od oryginalnej historii (Seks w wielkim mieście cz. 1). A jednak muszę przyznać, i podejrzewam, że nie jestem ani trochę osamotniona w tym poglądzie, lubię oglądać takie produkcje z samego sentymentu do ukochanego serialu, z tęsknoty za bohaterami, z chęci, by jeszcze trochę po prostu pobyć sobie w tym świecie. I może takie potrzeby zaspokajają też trochę kolejne wydawnictwa drukowane i muzyczne z Osiecką na sztandarze. I okej, i super, i niech tak będzie. Po czwarte: zaraz się okaże, co jest po czwarte. Do punktu czwartego doprowadzą nas bowiem trzy uwagi.

Uwaga pierwsza. Bardzo ciekawym doświadczeniem jest dla mnie pisanie tego wpisu. Chyba po raz pierwszy na własnym tekście doświadczyłam, że to prawda, co mówią mądrzejsi ode mnie: DA SIĘ snuć krytyczne refleksje na temat, do którego czujemy intensywny stosunek emocjonalny. Intensywnie pozytywny stosunek emocjonalny! Wszystko to, co wyrzuciłam z siebie powyżej, nie sprawia, że mniej mi się chce wrócić do pokreślonych ołóweczkiem wersów z czerwonego tomiku zaraz po zamknięciu laptopa.

Uwaga druga. Gdy moja siostra pierwszy raz w swoim życiu sprawdziła, czy złamane serce naprawdę tak boli, jak to opisują w podręcznikach, chcąc jej ulżyć, przygotowałam dla niej playlistę z piosenkami, które dają wytchnienie w czarnej godzinie i listę filmów o takim samym działaniu. I pamiętam, co ona powtarza mi do dzisiaj, że powiedziałam jej wtedy na pocieszenie: “gdy ktoś ci złamie serce, to cała popkultura jest po twojej stronie”. I chociaż to moje słowa, to się z nimi wciąż zgadzam.

Uwaga trzecia. Czwarty odcinek pierwszego sezonu serialu Wonder Years (po polsku: Cudowne lata, nie Miodowe lata) kończy scena, w której siostra Kevina, Karen, wysiada zapłakana z terenowego samochodu, a lektor (głosem Kevina z przyszłości) mówi: A ludzie nie byli wtedy inni niż dziś. Zawsze byli tacy sami, zawsze będą. Dziewczęta mają złamane serca. Mężczyźni i kobiety cierpią samotnie z powodu wyborów, których dokonali. A młodzi, zakłopotani i przerażeni chłopcy, przepełnieni miłością i odwagą, ukradkiem zapadają w sen. 

Morał: “po czwarte” nie jest kiczowate. “Po czwarte” jest prawdziwe i normalne.

*

Przy okazji dzisiejszego tekstu mam dla Was coś specjalnego. Poprosiłam kilka bliskich mi kobiet, o których wiem, że są Osieckomaniaczkami, żeby napisały dla siebie, dla mnie i dla Was, co dla nich znaczy twórczość Agnieszki Osieckiej. Delektujcie się odpowiedziami poniżej!

Osiecka to dla mnie przede wszystkim okres licealny i szeroko pojęta młodość, bo wtedy zbierałam płyty, książki i zabrałam z domu rodzinnego kolekcję płyt pt. „Pięć oceanów”. Nic dziwnego, że mogę teraz powiedzieć: od „dziewczyny pirat” przez „chłopcy nam mówią” i „tak czekam” przeszłam do miejsca, gdzie stoi para butów, a ja mogę powiedzieć, że „kiedyś byłam stara”! ~ J.

Zaczęłam jej słuchać, nie wiedząc, że to ona. Teksty piosenek mi się spodobały, te, które Maryla Rodowicz śpiewała, a potem Janda w „Białej Bluzce”. Później dopiero odkryłam, że Osiecka to nie tylko autorka tekstów, ale też eseistka, poetka, reżyserka i kobieta nieustannie nieszczęśliwie zakochana i nieustannie rozpaczliwie szukająca emocji wynikających z motyli w brzuchu. A jej wcale do końca nie rozumiem, bo takich emocji nie dane mi było przeżyć, żeby wątrobę na drugą stronę wykręcało, ale jej teksty  i te poważne i te prześmiewcze  trafiają do mnie bardzo.  Jest taki cytat: “Ja cię może za mało kochałam, lecz zapomnieć to już nie umiałam”  prawda, że to kwintesencja zdziwienia? No i jeszcze: „bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie, pańskie prawo to jest moje lewo”… Jak się czasem z przyjaciółką zasiedzimy po nocy i wypijemy o jedno wino za dużo, to z pewnością sąsiedzi nieraz usłyszą tę piosenkę. ~ M.

 “Dookoła noc się stała, Księżyc się rozgościł, jeszcze Ci nie powiedziałam wszystkich słów miłości” i dlatego „Ja nie chcę spać, nie chcę umierać”, żeby mówić Ci: „pokochaj mnie z całych sił, pokochaj mnie na sto lat, pokochaj mnie, jakbyś był tak młody, jak był dawniej świat”. To moja nauczycielka miłości, ponadczasowa obserwatorka rzeczywistości, w słowach ujmująca wszystkie możliwe wrażliwości. Nigdy mi jej dość nie było i nigdy nie będzie. „Za dzień, za dwa, za noc, za trzy, choć nie dziś. Za noc, za dzień doczekasz się, wstanie świt.” ~ A. 

Twórczość Agnieszki Osieckiej kojarzy mi się najsilniej z moją siostrą i z tym, że była obecna wokół mnie, odkąd pamiętam, przez co od dzieciństwa miałam wgrane na twardy dysk, że nie wolno mi wstydzić się uczuć. Że miłości się nie ukrywa. Kojarzy mi się z czasami, kiedy umiałam kochać tylko katastroficznie albo wcale. Kojarzy mi się ze złamanym sercem i z dumą, że „wiem, o czym ona mówi”. I jeszcze kojarzy mi się z podróżami pociągiem do Warszawy. ~ J. 

 

Czy ja już Wam kiedyś życzyłam miłości?

~K. 

Fot. Michał Turlewicz

Tekst powstał dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego “Kultura w sieci 2020” w kategorii: literatura. 

Proponowane teksty