fbpx

W każdym domu są dwie kategorie rzeczy, których się nie kupuje. Pierwsza: rzeczy, o których po prostu uważa się, że zawsze są. W moim domu rodzinnym do tej grupy od zawsze na zawsze należały wszelkie artykuły papiernicze. Uwierzcie mi, czułam się bardzo egzotycznie, gdy po przeprowadzce do Warszawy musiałam pójść do sklepu i kupić nożyczki. NOŻYCZKI! Przecież nożyczki zawsze są. Ten epizod zakupowy zrobił na mnie doprawdy większe wrażenie niż odkrycie, że mieszkając sama, mogę kupić sobie czipsy i colę BEZ OKAZJI. Druga kategoria to rzeczy, których się nie kupuje, ponieważ się je samodzielnie robi lub hoduje.

W moim domu nigdy nie kupowało się w sklepie: dżemów, ogórków kiszonych, grzybów, drożdżówek z jagodami. Dżemy, tak jak bułki z jagodami, robi Babcia Halinka. Ona też od lat deklaruje, że LAS TO JEST TO i ściga się z sąsiadkami, zbierając najbardziej aromatyczne grzyby i najpiękniejsze jagody, które później lądują w jej słynnych bułkach. Rozmyślnie wspominam jedynie o tych bułkach, ponieważ innego rodzaju wypieki zdarza mi się kupować w cukierni. Ale po prostu nie wyobrażam sobie kupić w sklepie drożdżówki z jagodami. Jest to dla mnie równie abstrakcyjna wizja jak pójście do sklepu po nową babcię.

Natomiast z ogórkami kiszonymi przez wiele lat było tak, że robiły je obie babcie: Halinka i Danka. Halinka to ta babcia, która zna wszystkie przyśpiewki z brzydkim słowem i ma zawsze ciepłe ręce, a Danka to była babcia harcerka i kawał łobuza. Zawsze było tak, że Halinka gotowała z nich dwóch o wiele lepiej. Ale w ogórkach panował remis. Tak między nami dziewczynami, to Danka miała jeszcze parę asów w rękawie, bo poza ogórkami, robiła świetne kruche ciasto i gulasz z pomidorami, który smakował, jakby Jezus Chrystus z samego nieba szeptał: przebaczam.

Revenons a nos concombres! Danka jak zakisiła nowe ogórki, to dzwoniła i mówiła tak: “mam ogórki dla Małgosi, ale są ciężkie, więc ja ich sama nie przywiozę, niech ktoś po mnie przyjedzie”. I wtedy ktoś po nią jechał, najczęściej jednak tata, ale potem też czasem Krzysiek, jak już byliśmy dorośli i z prawem jazdy. Ale dlaczego dla Małgosi? Ogórki były dla Małgosi, odkąd moja mama kiedyś powiedziała przy Dance, że lubi smak ogórków takich, co dopiero zostały włożone do kiszenia, na drugi lub trzeci dzień. I babcia, która, jak mówiłam, miała swoje momenty, zapamiętała to sobie i już zawsze mówiła, że młode ogórki są dla Małgosi.

Niedawno przygotowywałam jeden ze słynnych w każdym zapewne domu obiad z resztek. Ostatni dzień przed planowanymi zakupami, wiadomo, o co chodzi. Brakowało mi jakiegoś warzywa na dopełnienie dietetycznej triady, więc jak zawsze w takiej sytuacji, na pamięć sięgnęłam do szafki z przetworami, żeby urozmaicić swój talerzyk jakąś ćwikłą lub kiszonką. Pod samą ścianą, w najdalszej głębi skrytki, odkryłam niespodziankę  ostatni słoik ogórków Babci Danusi.

Ogórki były już nadpsute. Nie nadawały się do jedzenia. Od dwóch tygodni trzymam więc w lodówce słoik pełen zepsutych ogórków.



Trzymajcie kciuki, żeby w tym roku były jagody.
~K.

Photo by Łukasz Szmigiel on Unsplash

Tekst powstał dzięki stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego “Kultura w sieci 2020” w kategorii: literatura. 

Proponowane teksty