fbpx

Wszystko zaczęło się od Marleya. Małego pieska ze zmrużonymi oczami, który trafił do krakowskiego Borku w żałobie po swoim człowieku. Gruby brzuszek gibał się na drobnych nóżkach, kiedy podbiegał do metalowej siatki. Nie mógł się przyzwyczaić, że od kilku miesięcy ta siatka wyznaczała granice jego wolności. Nie mógł się też przyzwyczaić do nowego imienia: Misio. Nie mam na imię “Misio”! – awanturował się za każdym razem, kiedy mijał go któryś z wolontariuszy. Halo, jest tam ktoś?! – krzyczał już bez skutku, ale dla zasady.

– Cześć, jestem Marley – wyszeptał jej do uszka, kiedy trzymała go na swoich kolanach w drodze do domu.

– Wiem – odpowiedziała Pati i mrugnęła do niego oczkiem.

– Tęskniłem za wami – zdążył jeszcze powiedzieć, zanim zasnął smacznie tej pierwszej nocy u siebie.

*

Wychowywałam się bez zwierząt. Co nie oznacza, że bez chęci, żeby było inaczej. Co z kolei nie oznacza, że bez przeszkód na drodze do tych zmian. “Weźmiesz psa, jak już będziesz dorosła” – powtarzali rodzice. Na szczęście życie jest bardzo krótkie i od momentu, kiedy masz dwanaście lat do dnia, kiedy odbierasz klucze do własnego mieszkania mija mniej więcej tydzień. No i co? No i wzięłam psa, jak już byłam dorosła.

Byłam dorosła i przestraszona. Do tego sama, cierpiąca na depresję i salmonellę (w tym samym czasie, przysięgam!). Ale na szczęście są emocje silniejsze niż strach. Na przykład zazdrość. Więc kiedy po raz kolejny odwiedziłam Krzysia i Pati i przytuliłam do brzuszka małego Marleya, zazdrość zwyciężyła. Wychowywaliśmy się w jednym domu, w jednym domu bez zwierząt. Krzysiek jest psim tatą, to ja przecież też mogę być!

W moim marzeniu o wzięciu do domu psa kryło się tak naprawdę kilka marzeń. Marzenie, aby nie iść przez życie samotnie. Marzenie, aby dać drugiemu życiu ciepły dom. Marzenie, aby spełnić daną sobie w dzieciństwie obietnicę. Marzenie o domu pachnącym obecnością psa. Ale też – cichsze niż inne, bardziej wstydliwe – marzenie, aby być takim człowiekiem, który daje sobie radę.

Na ludzi z psami zawsze patrzyłam z zazdrością nie tylko dlatego, że ich zwierzaki były śliczne, słodkie i kochane. Również dlatego, że podziwiałam ich za odpowiedzialność, systematyczność, dorosłość – cechy, których sobie zawsze odmawiałam. Móc zaufać sobie w takim stopniu, żeby wziąć odpowiedzialność za drugie życie – to było największe ze wszystkich marzeń. Być człowiekiem, który dzień w dzień będzie dbał o jedzenie, sikanie, spanie i zdrową dawkę ruchu kogoś innego, podczas gdy ja do tej pory mam problemy z zapewnieniem tych składowych samej sobie.

A jednak się udało. Najpierw telefon do wolontariuszki, potem pierwszy, drugi, trzeci spacer zapoznawczy. O tym, dlaczego akurat z Dumką połączył mnie los, opowiem jeszcze kiedyś. Ostatniego dnia stycznia 2018 roku około godziny czternastej jechałyśmy już Czerwoną Strzałą Adriana w towarzystwie jego samego oraz Zuzi i Uli do domu.

*

Zuzia nie musiała adoptować psa, ponieważ już go miała. Sabada to w przeciwieństwie do większości bohaterów tej historii – przedstawicielka arystokracji. Rasowy weimar, pies myśliwski. Spokojnie mogłaby sama zastąpić wszystkie trzy jurorki w Projekcie Lady. Ja wstydziłabym się pójść z Sabadą na obiad, bo na pewno lepiej ode mnie wiedziałaby, który widelczyk służy do czego. Dodatkowo, Sabada jest influencerką. Sprawdźcie sami na instagramie @sabatheweimar!

Ula natomiast już musiała. Mówiąc dokładniej: musiała adoptować Czarka. Minęło już kilka lat odkąd odeszła jej białostocka Bella. Rana po niej może do końca jeszcze się nie zagoiła, ale do 2018 roku zdążyła już trochę wyschnąć. Ula poznała Czarka w lutym, zaraz po adopcji Dumki. Nie planowała wtedy niczego poważnego, nie sądziła, że się na to odważy. Zgodziła się na pierwszy spacer, ale nie robiła sobie na nic nadziei. W tym niewzruszeniu wytrzymała do pierwszej rozmowy telefonicznej z mamą. Kiedy opowiadała jej o tym, jak Czarek obrócił się podczas spaceru na plecki i wystawił kosmaty brzuszek do łaskotek – sama była zdziwiona, jak szybko się rozpłakała. Minęło kilka tygodni, parę dodatkowych telefonów i spacerów. Zakupione zostały szelki i woreczki na kupy. I tak Czerwona Strzała Adriana ruszyła w drogę po raz drugi – dziesiątego marca, tym razem po Bajera, który swoje poprzednie imię pozostawił razem z samotnością, zimnem i smutkiem tam, w schronisku.

*

Julia i Kuba mieli psa jeszcze w czasach, kiedy ja bałam się zwierząt domowych i zupełnie nic o nich nie wiedziałam. Hokus, kremowy Golden, był ukochanym towarzyszem, najlepszym przyjacielem od lat Kuby. Spędzili razem prawie dwadzieścia lat. Kiedy się poznali, Kuba musiał wnosić Hokusa po schodach na rękach. Gdy się rozstawali – było podobnie. Hokus odszedł rok temu, zimą.

Nikt nie wie, skąd wzięła się Mięta. Co robiła, zanim trafiła do schroniska? Jak to się stało, że Julia i Kuba tego dnia zatrzymali się właśnie tam, w tym małym i bardzo zaniedbanym schronisku pod Poznaniem? To jest ta nieistotna część historii. Właściwa opowieść zaczyna się trochę później, już w samochodzie, kiedy we trójkę przemierzają Polskę w drodze na krakowski Żabiniec. Szybko, szybko, jedź szybciej, samochodzie! Przecież wieziesz nas do domu.

*

Kori, Kora, Korcia – na razie mówią do niej tak. Ale to jeszcze nic pewnego, bo jest w domu dopiero drugi tydzień. Tutaj jest kocyk, okej, tymi drzwiami się wychodzi na spacer, idzie zapamiętać. Tam gdzie jest kuchnia, można czasem dostać coś dobrego i zawsze ładnie pachnie. Na razie niby nie wolno jej wchodzić na łóżko, ale spacerowe psy mówią, że każdego człowieka da się wychować. Fajna ta mama jest. Taka własna.

*

W tytule obiecałam krąg, gdzie ten krąg? Dosłownie: tutaj. Tutaj, w miejscu, w którym kończę pisać ten tekst, historia zatacza kółko. Piszę na laptopie, laptop trzymam na kolanach, nogi opieram na kanapie. Kanapa rytmicznie faluje na melodię dwóch psich oddechów. Dumka i Popi mieszkają w jednym domu już prawie pół roku. Dumka na początku, jak każda starsza siostra, trochę bała się o swoją pozycję. Ale potem bardzo szybko, jak każda starsza siostra, uległa urokowi małego niezgrabiasza. Co prawda, Popi jest od Dumki prawie dwa razy większa, ale wystarczy jedno spojrzenie starszej siostry, żeby powstrzymać atak porannego szczekania u tej młodszej. Ale ale! Dumka też uczy się od Popi ważnych rzeczy. Na przykład tego, że sikanie w domu jest strasznie śmieszne, a białe bułeczki, które Kasia i Michał kupują sobie na śniadanie – nie dość, że bardzo pyszne to do tego łatwo dostępne na tej półce nad zmywarką.

*

Wszystko zaczęło się od Marleya, ale przecież Marley też nie wziął się znikąd. Popi zamyka dzisiaj tę historię, ale przecież to tylko umowna puenta. Tyle słów i tylu ludzi, a ja nawet nie zaczęłam opowieści o Berku, którego adoptowała siostra Łucji albo o Pixie przygarniętej przez rodziców Uli.

No co ja mam Wam powiedzieć jak nie to, że pewne decyzje są po prostu dobre.

K.


Ilustracja: “Król Lew” (1994), reż. Rob Minkoff, Roger Allers

Proponowane teksty