fbpx

Nie ma miłości bez obciachu

Miłość zaczyna się wtedy, kiedy oprócz tych wszystkich cudownych, przepięknych rzeczy nagle patrzymy na kogoś i widzimy: tutaj nędza, tam nędza, tam jakaś słabość, tutaj jakiś egoizm, tu coś totalnie nie gra, tam w ogóle jest coś, z czym nie wiem jak żyć. I w momencie kiedy w nas powstaje taka decyzja, że kocham tę osobę z tymi słabościami i będę z tymi jej słabościami szedł przez życie, i będę jej próbował w tych słabościach pomóc, dopiero tutaj zaczyna się miłość. ~ Adam Szustak

Kiedy chodziłam do szkoły i byłam raczej jeszcze dzieckiem niż nawet choćby nastolatką, był taki jeden chłopiec. Chodziliśmy do jednej klasy, chodziła też za nami taka plotka, że podobno on powiedział jemu, że ona powiedziała jej, że on jej zdradził, że się we mnie trochę jakby niby kocha. Ja nie za bardzo uczucie jego dzieliłam, ale jak mówiła Jadwiga Niechcic: „To może kobiecie uwłaczać, ale na pewno nie jest jej niemiłe” i jakoś tę jego słabość z godnością wrodzoną na grzbiecie swym niosłam. I tak sobie żyliśmy koło siebie, w jednej klasie, ławka w ławkę. On – z tym swoim niezręcznym uczuciem i ja – z o tym uczuciu sekretną wiedzą. I nic się szczególnego nie działo. Aż pewnego dnia w czasie jakiejś lekcji w szkole sprawdzaliśmy zadania domowe i nauczycielka poprosiła, żeby on coś tam przeczytał. I wtedy się okazało, że on nie zrobił tego zadania i że w ogóle, to zupełnie niczego się w tym temacie nie nauczył. I mnie wtedy nagle dotknęło takie dziwne uczucie. Zrobiło mi się gorąco i zapragnęłam się schować pod ławkę. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów, ogarnęło mnie poczucie wstydu za niego, za to, że on się nie nauczył. Siedziałam więc taka skulona, czerwona na twarzy, zagapiona przed siebie i nie wiedziałam nawet, że oto tutaj właśnie liżę ogonek tajemnicy miłosnej sztuki. Że właśnie mnie około-dziesięcioletnią czegoś życie, jak to się mówi, nauczyło. Że właśnie się dowiedziałam, że miłość i wstyd to są dzieci jednych rodziców.

Potem, jak byłam trochę starsza, to oglądałam różne filmy o miłości. I zawsze się dziwiłam, że dorośli ludzie umawiają się na randki „na kolację”. Nie mogłam zrozumieć, jakim cudem oni się nie wstydzą przy sobie jeść. Sytuacja umówienia się „na kolację” była dla mnie przez lata symbolem niezręczności i skrępowania. No bo: jak to? Już na samym początku zaczynają się problemy. Jak się ubrać? Co jeśli druga osoba ubierze się mniej zobowiązująco? Co zamówić? Jak zamówić? Jak to potem jeść? Czy rozmawiać podczas jedzenia? Jak rozplanować proporcje pomiędzy czasem żucia i przełykania a czasem rozmowy i miłosnych podchodów? Na koniec, o zgrozo, co zrobić z rachunkiem? Zapłacić? Zaproponować, że zapłacę? Nic nie mówić i czekać, co się wydarzy? Koszmar.

A kiedy osiągnęłam już wiek nastoletni i zaczęłam się w tak zwanym prawdziwym życiu spotykać z miłymi chłopcami (Rysiu, pozdrawiam Cię, gdziekolwiek jesteś!), schody przede mną dalej rosły. Pojawił się problem wspólnych wycieczek. Zawsze okropnie się wstydziłam mówić przy kimś znajomym po angielsku. Obiektywnie rzecz biorąc, mówię dobrze po angielsku. Ale wstydzę się i już. A jak obok mnie stoi mój chłopak to już w ogóle bardzo, bardzo się wstydzę.

Jest coś takiego, że kiedy się zakochujemy, to na początku wydaje nam się, że to jest absolutnie oczywiste, że obiekt naszych uczuć po prostu JEST najatrakcyjniejszą osobą na świecie. Tak po prostu jest i wszyscy ludzie dookoła doskonale o tym wiedzą, przez co oczywiście stanowią potencjalną konkurencję. A potem z czasem, gdy znajomość postępuje, poznajemy się lepiej i zbliżamy się do siebie, ten idealny obraz zaczyna się pokrywać jakimiś szramami. I jedną z tych szram jest odkrycie, że istnieje taka część świata, która nie przepada za naszą drugą połówką. Że są ludzie, którzy naszego ukochanego człowieka zwyczajnie nie lubią. I że wobec takiego stanu rzeczy należy mieć jaja i potrafić odróżnić miłość od lansu i zasadniczo take it or leave it.

No więc jeśli kiedyś weźmiesz mnie jednak za rękę, wiedz, że bierzesz mnie całą. Razem z tymi wszystkimi nocami, kiedy nie mogłam spać, z każdą grypą żołądkową, którą przeszłam, z każdym „dzień dobry”, którego nie powiedziałam, a powinnam. Nawet ten dzień, kiedy dałam się nabrać facetowi na dworcu i kupiłam mu bilet do Gdańska, a on nigdy nie wysłał mi pieniędzy – nawet ten dzień od teraz będzie również Twój. Więc teraz zastanów się dobrze. Bo człowieka można zwrócić, owszem. Ale jednak lepiej jest tego nie robić.

Proponowane teksty